
Wywiad z Waldemarem Dąbrowskim - Dyrektorem Artystycznym Festiwalu
AN: Ile lat dla Pana minęło tak naprawdę od pierwszego Wakacyjnego Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach. Pytam o to, gdzie był początek..?
WD: Dla mnie Wakacyjny Festiwal Gwiazd rozpoczął już 18 lat temu… Wówczas to z mojej inicjatywy, jako wiceministra kultury, grupa młodych, zdolnych ludzi, zrealizowała z sukcesem Festiwal Komedii Filmowej. Tak zaczęła się moja wakacyjna przygoda ze sztuką w Międzyzdrojach, która w 1996 roku przeistoczyła się w Wakacyjny Festiwal Gwiazd.
AN: Jak ważny był ten festiwal dla polskiej sztuki, polskiego społeczeństwa, rozpoczynającego w połowie lat dziewięćdziesiątych nową epokę..?
Do roku 1989 ludzie sztuki mieli poczucie silnej więzi, ponieważ łączył ich wielki wspólny temat: Jak pokonać ograniczenia wynikające z istnienia muru berlińskiego? Zatem początek lat dziewięćdziesiątych - to był trudny czas dla polskiej sztuki i polskich artystów, czas dezintegracji, poszukiwania odpowiedzi na pytanie: Jak żyć w wolności? Jak wkomponować się w tę nową rzeczywistość, w którą do niedawna wierzyli nieliczni, ale większość intuicyjnie wyczuwała, że przecież musi się zdarzyć…
Sztuka tamtego czasu pozostała gdzieś na peryferiach zmieniającej się rzeczywistości demokracji parlamentarnej, samorządowej i, wciąż nierozpoznanych, reguł gospodarki rynkowej. Ludzie biznesu zajęli się z sukcesem porządkowaniem przestrzeni gospodarczej, zaś ludzie sztuki wciąż poszukiwali odpowiedzi na pytanie, jak sprostać wyzwaniom nowego czasu.
„W końcu jesteśmy we własnym domu” – mówili polscy artyści, ale zabrakło refleksji, która spowodowałaby nadzwyczajną mobilizację, by wziąć się do roboty, remontować ten dom od fundamentów po dach, malować ściany, wymienić okna, komponować ogrody… Zachowywaliśmy się – polscy artyści i ludzie sztuki - tak, jakby wszystko miało wydarzyć się samoistnie.
Sporo czasu zabrało zrozumienie, że ludzie kultury nie są już apostołami prowadzącymi ludzkość ku lepszemu, ale współuczestnikami – na równych z innymi – procesu kreacji, która wymaga wydajniejszej pracy, niż kiedykolwiek.
A wtedy Polacy zaczęli oczekiwać od świata sztuki przede wszystkim rozrywki. Ten festiwal był pierwszą próbą zmierzenia się z dążeniami „nowego społeczeństwa”, próbą znalezienia harmonii pomiędzy oczekiwaniami a ambicjami.
AN: Jednak, gdy sięgamy do katalogu pierwszego Wakacyjnego Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach z 1996 r. nie ma w nim zbyt wielu propozycji czysto rozrywkowych…
WD: Oczywiście, że tak, bo zawsze uważałem - wielokrotnie objaśniając to w katalogach festiwalowych - że wakacje są wprawdzie czasem uprzywilejowanym dla rozrywki, ale nie zwalniają nas z obowiązku myślenia.
Tworząc nazwę festiwalu i używając określenia „wakacyjny” zabawiłem się w pewną prowokację terminologiczną. Jednocześnie cała koncepcja programowa festiwali polegała na zachowaniu harmonii, właściwego balansu między tym, co jest wartością obiektywną a twórczością odpowiadającą na potrzeby człowieka, który pragnie po prostu zanurzyć się w aurę wakacji.
Termin „gwiazdy” również zostało użyte prowokacyjnie. Nie chodziło mi bowiem o modne dzisiaj słowo celebrities czy też „gwiazdorstwo” popularnej aktorki uchwyconej przez paparazzi w sklepie z pietruszką, ale o jakość talentu artystycznego. Gwiazdą przez duże G był dla mnie Gustaw Holoubek, Krystyna Janda, Franciszek Starowieyski, Janusz Olejniczak, Adam Myjak, czy Janusz Głowacki…
I właśnie osoby o tej mierze talentu zapraszałem na Wakacyjny Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach.
Przyjeżdżali tam więc poeci, malarze, pisarze, muzycy klasyczni i oczywiście ludzie szeroko rozumianej estrady oraz kina i teatru. Wszyscy budowali niezwykłą płaszczyznę wspólnoty pomiędzy sobą, ale także z publicznością.
I tu chciałbym podkreślić – kto wie, czy nie najważniejszą – zasadę Wakacyjnego Festiwalu Gwiazd: właśnie szacunek dla polskiej publiczności. Szacunek wobec tych, którzy przyjeżdżali do Międzyzdrojów po to, aby się spotkać ze swoimi bohaterami; tymi, których na co dzień poznawali poprzez zimny ekran telewizora, których podziwiali, czasem kochali. Te momenty spotkań były najważniejsze…
AN: Zatem - najistotniejsze dla Pana spotkanie?
WD: Takich momentów autentycznego wzruszenia było bardzo wiele. Nie zapomnę nigdy koncertu we wspaniałej katedrze w Kamieniu Pomorskim w 1999 r., zorganizowanego w 150 rocznicę śmierci Fryderyka Chopina.
Grano „Requiem” Mozarta, które – zgodnie z testamentem Kompozytora, zostało wykonane na Jego pogrzebie w Paryżu. Jerzy Kalina, który był jednym ze współkreatorów festiwalowej rzeczywistości, pięknie oświetlił katedrę. Koncert wybrzmiał wspaniale… Wychodziłem z katedry ostatni. Nie mogłem nasycić się atmosferą tej chwili…. Stałem w półcieniu, gdy podszedł do mnie jakiś starszy, sądząc z głosu, mężczyzna. Byliśmy w tej monumentalnej katedrze, otoczeni mrokiem, jedynie my dwaj. On pierwszy przerwał ciszę: „Dziękuję. Urodziłem się w Warszawie, po wojnie musiałem wyjechać, ale każdą cegłę ze zniszczonych domów wysyłaliśmy stąd do Warszawy. Do mnie w żadnej formie - choćby jednego słowa wdzięczności - nigdy nie wróciło nic... To, co Pan robi - to takie pierwsze dary od losu.” Do dziś żałuje, że nie zawarłem z tym człowiekiem bliższej znajomości. Rozmowa była prawdziwie wzruszająca…
AN: Festiwal był więc spotkaniem?
WD: W najpełniejszym tego słowa rozumieniu. To tam rozwiązane zostały nabrzmiałe na przestrzeni dekad konflikty środowiskowe. Adam Hanuszkiewicz zauważył kiedyś, że podczas festiwalu, przez zaledwie kilka dni, ludzie kultury spotykali się częściej i spędzali ze sobą więcej czasu, niż przez resztę roku, pracując w Warszawie.
Poza wszystkim – to tam zaprzyjaźnił się w ramach procesu wzajemnego poznawania, artystyczny Kraków z artystyczną Warszawą.
Miałem wielką satysfakcję, obserwując to zjednoczenie. Podobnie, jak wtedy, gdy Daniel Olbrychski wrócił do hotelu wzruszony, bo okazało się, że podczas przejażdżki rowerowej wiele osób go rozpoznało, wyrażając szacunek i podziw dla jego pracy.
AN: Takie pierwsze spotkania z fanami, ale w dobrym tego słowa znaczeniu?
WD: W najlepszym! Publiczność przyjeżdżała mając nadzieję, że zanurzy się w aurę święta i spotka tych, których ceni, kocha, szanuje…
AN: Same superlatywy, a tymczasem już po pierwszym Wakacyjnym Festiwalu Gwiazd pojawiły się oskarżenia, że Międzyzdroje papugują Hollywood…
WD: Niestety, nie wszyscy odczytali właściwie konwencję festiwalu! Padliśmy ponadto trochę ofiarą kolorowych mediów, które właśnie wtedy zaczynały się rodzić…
Limuzyna, którą aktorzy podjeżdżali pod hotel to był żart. By nie zauważyć tego żartu i wziąć to na serio, trzeba było mieć jakiś kryzys poczucia humoru…
AN: Media potrzebowały tego typu smaczków - pierwszych plotek, skandali...
WD: Tak, ale my naprawdę nie zamierzaliśmy naśladować Hollywood! To nie była Aleja Gwiazd w stylu hollywodzkim, gdzie wszystko jest wykute przez kowala. W Międzyzdrojach artyści zostawiali niepodrabialny ślad, zapis linii papilarnych, własnoręczny podpis a zarazem dzieło sztuki.
To tak, jakby umożliwić kontakt z autografami wielkich ludzi. Do dziś działa to na zbiorową wyobraźnię, co widać po tłumach zwiedzających Promenadę Gwiazd.
Nie chodziło nam o nasycenie tego miejsca „biżuterią gwiezdną” tylko o stworzenie przestrzeni rzeźbiarskiej, świadczącej w tym miejscu o obecności największych osobistości polskiej kultury.
AN: Wielu osób, które odcisnęły dłoń na promenadzie, nie ma już z nami. Czy to jest satysfakcjonujące uczucie, że udało się zatrzymać kilka dłoni?
WD: Gdy tworzyłem promenadę wiedziałem, że za parę lat nabierze ona wymiaru historycznego, bo czas płynie nieubłaganie… Promenada stała się miejscem niezwykłym, poprzez obecność symboliczną tych, którzy odeszli… Gustaw Holoubek, Jan Machulski, Jeremi Przybora, Jerzy Kawalerowicz, Edward Dziewoński, Jerzy Bińczycki…
AN: Łączenie pokoleń?
WD: …obserwowałem to ze wzruszeniem. Niejednokrotnie widziałem, jak ludzie chodzący po promenadzie wyrażają swój szacunek tym, którzy zostawili ślad swej obecności…
Dziś na Promenadę Gwiazd przychodzą kolejne pokolenia i pytają o to, kim byli ci, którzy tam odcisnęli tam swoje dłonie…
Na początku bolało mnie, że Promenada Gwiazd jest odbierana jako coś snobistycznego, hollywoodzkiego właśnie...
AN: Udowodnił pan, że jest inaczej?
WD: Jednym z powodów, dla których zrobiłem ten festiwal była krytyka Zygmunta Kałużyńskiego, który powiedział, że nie ma sensu oglądać polskiego kina, bo publiczność nie lubi polskich filmów. Postanowiłem udowodnić, że polski widz lubi polskie kino, wystarczy tylko stworzyć mu odpowiednie warunki…
AN: Dlatego powstała Nocna Plaża Filmowa, gdzie obok ambitnego filmu autorstwa Kieślowskiego, Zanussiego czy Wajdy puszczano polskie superprodukcje, jak „Ogniem i mieczem”?
WD: Według mnie „Ogniem i mieczem” było bardzo ambitnym i udanym projektem! Ale nie chcieliśmy nikomu niczego narzucać, a jedynie stworzyć kino, które pokazywać będzie osiągnięcia polskiej kinematografii w różnych aspektach. Ludziom podobało się, że Nocna Plaża Filmowa jest tak różnorodna.
AN: A podobało się, że oglądają filmy pod gołym niebem?
WD: Oczywiście! Widownia przychodziła do kina a zarazem zanurzała się w metafizyczny wymiar dźwiękowej ścieżki filmu przenikającej się z szumem morza. Odpowiadała im ta niekonwencjonalna sytuacja. Bywało, że na seanse przychodziło nawet pięć tysięcy ludzi, a przecież niektóre filmy wyświetlaliśmy o czwartej nad ranem…
AN: To było chyba pierwsze kino plenerowe w Polsce?
WD: Tak sądzę… Tworząc Nocną Plażę Filmową, chciałem, aby ekran stał w morzu, dziesięć metrów od brzegu. To byłoby niesamowite przeżycie…
Okazało się jednak, że istnieją pewne ograniczenia wynikające z prawa morskiego, które były znacznie poza zasięgiem naszej wyobraźni…
Taki ekran stojący w wodzie, niesiony wiatrem morskim, mógłby stać się niebezpiecznym narzędziem…
AN: Tymczasem hotel Amber Baltic stał się przystanią dla polskiego środowiska artystycznego…
WD: To był pierwszy tej klasy hotel na polskim wybrzeżu. Jeszcze przed pierwszym Wakacyjnym Festiwalem Gwiazd postanowiłem, że jeżeli już zrobię tego typu wydarzenie, to uszanuję tych, którzy tam przyjadą. Na początku lat dziewięćdziesiątych polskich artystów nie było stać na czterogwiazdkowe luksusy. Dzisiaj tego typu hotel to „tylko cztery gwiazdki”, a wtedy „aż cztery gwiazdki”.
Poza tym to był hotel posiadający piękne pole golfowe. Właśnie w Międzyzdrojach pierwsze lekcje golfa brali Mikołaj Grabowski, Krzysztof Materna czy Wiktor Zborowski, nie mówiąc o Andrzeju Strzeleckim, który jeszcze przed Międzyzdrojami zakochał się w tym sporcie … Dzisiaj oni wszyscy świetnie grają w golfa…
AN: Wspomina Pan o Andrzeju Strzeleckim, Mikołaju Grabowskim… Najważniejsze dla Pana osoby związane z festiwalem?
WD: Adam Myjak, Jerzy Kalina, Mikołaj Grabowski, Andrzej Strzelecki, Izabela Chełkowska, ale to tylko kilka z wielu nazwisk, które tworzyły to miejsce i ten festiwal…
AN: Co sprawiło, że ci wszyscy ludzie chcieli spotykać się co roku właśnie tam, w Międzyzdrojach?
WD: …bo to jednak był festiwal przyjaciół. Przekonywała ich wyjątkowa atmosfera miejsca, możliwość radosnego kontaktu z publicznością. Tutaj te wielkie osobowości nie brały udziału w sztywnych spotkaniach, ale stawały się częścią festiwalowego metabolizmu, stapiając się z festiwalową publicznością.
AN: Festiwal w dużej części składał się z ambitnych propozycji. Czy była taka obawa, że nie znajdzie swoich odbiorców, nie trafi do publiczności?
WD: Wieloletnie obserwacje utwierdziły mnie, że ludzie mają wrodzoną potrzebę kontaktu ze światem wartości, wolnym od szumu falban, koturnów; potrzebę rozmowy, w której widza traktuje się niezwykle serio. Oczywiście serio nie musi oznaczać pompatycznie.
Wiedziałem, że podstawowa oferta programowa musi być zawsze ambitna – nawet odrobinę powyżej aspiracji tych, którzy zazwyczaj odwiedzali Międzyzdroje. Nigdy nie było jednak tak, że ja im psułem wakacje.
AN: Z czego jest Pan najbardziej dumny?
WD: Mało kto już dzisiaj o tym pomyśli i to doceni, ale wydaje mi się, że najbardziej jestem dumny ze stworzenia poczucia wspólnoty wokół pewnego ideału artysty. Artysty, który jest usposobiony służebnie, wrażliwie i czule wobec swojej publiczności.
AN: Czy dziś istnieje ryzyko, że środowisko artystyczne nie będzie w stanie tak zjednoczyć się ze sobą i co więcej - otworzyć na zupełnie inną, niż wtedy, publiczność?
WD: Ten festiwal nie będzie już nigdy tym, którym był kiedyś. Dzisiaj jest inny czas, więc wszystkiego trzeba doświadczać na nowo. Międzyzdroje są także inne, wypiękniały – stały się kurortem. Dziś nie ma już konieczności budowania na przykład infrastruktury, co wtedy było nie lada problemem.
Wówczas najpierw trzeba było zbudować scenę, ekran, estradę. Gdy przyjechaliśmy do Międzyzdrojów w połowie lat dziewięćdziesiątych, tam w istocie nie było warunków dla imprez tej rangi…
Na przykład - by wystawić „Opis Obyczajów” Mikołaja Grabowskiego, musiałem otworzyć Dom Kultury od dawna opustoszały, nieużywany… Do tego zaniedbanego budynku przyjechali aktorzy, przyszła publiczność, a na przedstawieniu stało dziesięciu strażaków, bo to miejsce groziło zawaleniem… Wtedy przyrzekłem sobie, że już nigdy więcej tak nie będzie.
AN: Festiwal był inwestycją w rozwój kultury w tym mieście?
WD: Kierował aspiracje mieszkańców i władz w odpowiednią stronę. Dawał pewną rozpoznawalność miastu nie tylko w kraju, ale również za granicą. Kiedyś leciałem samolotem do Sycylii do Zurychu i, zdumiony, przeczytałem artykuł o festiwalu w niemieckiej gazecie…
AN: Skoro więc wiele imprez organizowaliście w warunkach plenerowych, to byliście skazani na kaprysy polskiej pogody. Zdarzały się festiwale zalane deszczem?
WD: Ależ oczywiście! To był zresztą jeden z największych problemów, z którymi musieliśmy sobie radzić. Zmierzyć się z pogodą w naszych warunkach klimatycznych, nie mając odpowiedniej infrastruktury pod dachem - to graniczy z szaleństwem ! Bardzo wiele imprez kosztownych i trudnych w przygotowaniu musieliśmy odwoływać w ostatniej chwili.
Nie zapomnę, jak w dniu otwarcia jednego z festiwali, kiedy wchodziłem razem z artystami na estradę, aby oficjalnie otworzyć festiwal, oberwała się chmura. Poczułem się tak, jakbym był na równiku. Uciekaliśmy do hotelu kompletnie mokrzy, ale radośni!
To była nieustająca gra z polską pogodą, raz się udawało, raz nie, ale nawet, jeżeli padał deszcz, to mimo to na Nocną Plażę Filmową przychodziło mnóstwo osób.
AN: Czy tegoroczny festiwal to jest rodzaj jakiejś reaktywacji?
WD: Nie potrafię jeszcze do końca tych wyzwań sformułować. Jestem wierny zasadzie, która dotyczy kina, ale przeniosłem ją na sytuację festiwalową - że impreza taka, jak Międzyzdroje, ma wartość wielkich wakacji, ale trzeba zrobić wszystko, by nigdy nie stała się wakacjami bez wielkich wartości.
A.N